piątek, 15 marca 2013

Chapter Fifteen

*Kilka dni później*
Wróciliśmy z Lou do domów... Zayn zachowywał się jak stary on, uśmiechał się, żartował. To było podejrzane, ale może w końcu się poddał... Miejmy nadzieję.
Obudziłam się ze smutną świadomością tego, że jutro muszę iść do szkoły. Zero wolności, znowu.
Ubrałam się i postanowiłam iść do chłopców. Kilka chwil i byłam pod ich drzwiami, w końcu to tylko kilkadziesiąt metrów. Zapukałam.

-Zo!- wykrzyknął Zayn, przytulając mnie na przywitanie. Nie odwzajemniłam uścisku ale też się nie odsunęłam.- Wchodź. Chłopców nie ma, jestem z koleżanką- powiedział.
Nie! - chciałam krzyknąć. Ale dobra... Przywitam się i się zmyję nie?

-Okej... W sensie ja tylko na chwilkę. Musze jechać do sklepu po... Domestos?- odrzekłam, robiąc z siebie debilkę.
Kiwnął głową, ciągle się uśmiechając i mnie przepuścił. W salonie siedziała jakaś dziewczyna, piła białe wino i wydawała się jakaś... znajoma.

-Hej, jestem Eleanor! - powiedziała ze sztucznym uśmiechem. Miała na sobie różową sukienkę... I masę tapety.
BOŻE TO JEST BYŁA DZIEWCZYNA LOUISA. Podobno już się nie widują... Zaczęła wzrastać we mnie złość.

-Zo- powiedziałam, powstrzymując się od wyrwania jej tej ślicznej mordy.

-Podobno jesteś koleżanką Louisa... Jakoś nic mi o Tobie nie mówił- odparła melodyjnym głosem. Poczułam, że robię się cała czerwona. Czyli oni ze sobą gadają tak?!

-To wy... to wy ze sobą rozmawiacie? Podobno z Tobą... zerwał- mało co się nie rozpłakałam.

-Że co? Jesteśmy parą!- powiedziała z szyderczym uśmieszkiem- A Tobie nic do tego, mała gnido.
Spojrzałam na nią oschle.

-Ej, dziewczyny!- krzyknął Zayn, łapiąc każdą za jedno ramię- Elka, ty już chyba powinnaś sobie pójść... Nie, że Cię wypraszam- jęknął.
Prychnęła i wyszła, trzaskając drzwiami. Zayn spojrzał na mnie tak, jak z przed czasów, kiedy byliśmy razem: z miłością w oczach. Kiedy otarł mi łzy dopiero się zorientowałam, że płaczę. Nie no, musiałam się do niego przytulić... Potrzebowałam bliskości, nieważne jakiej. Wpadłam mu w ramiona i słsyzałam jak szepce:

-Mówiłem, Zoey. On nie jest Ciebie wart... Jest z Tobą tylko dlatego, żeby mieć rozgłos w show-biznesie.
Usłyszałam, jak drzwi się otwierają, ale nadal nie odrywałam się od ciepłego torsu Malika.

-Jesteśmy! Zayn, zobaczyłem przy bramie wściekłą Elkę, co ona tu... A Wy... Boże- krzyknął Lou. Odskoczyłam od Zayna, podeszłam do niego i dałam mu z liścia.

-Nienawidzę Cię!- wrzasnęłam tak głośno, jak tylko umiałam.

-Zo, o co chodzi?- zapytał zdziwiony, łapiąc mnie za nadgarstki, żebym przestała go bić. Próbowałam się wyrwać i stamtąd uciec, ale był za silny. Na szczęście, wyrwałam się z uścisku, wybiegając na oślep na ulicę.
I ostatnie, co usłyszałam, to pisk opon i krzyk Louisa.

*Acacia*

-Co z nią? Boże proszę pana co z nią?!- wrzasnęłam do doktora, który wyszedł z sali operacyjnej Zo.

-Spokojnie. Zoey Clark straciła dużo krwi, ale może z tego wyjść.

-Jak to- może?!- krzyknęłam jeszcze głośniej.

-Nie mamy stuprocentowej pewności. Przepraszam, ale muszę lecieć. Jeżeli pani chce, proszę do niej wejść.
Otworzyłam drzwi i po raz kolejny pomyślałam, że zemdleję. Zo miała bandaż na czole, rękę w gipsie i była podłączona do kroplówki, a od środka czoła do prawej skroni rozciągała się blizna. Pogładziłam jąpo włosach. Od wczoraj była w śpiączce... To wszystko przez tego debila Zayna. Chyba by było lepiej, żeby się nie poznali. Westchnęłam.

-Zoey, kochanie... Wyjdziesz z tego- mówiłam do niej. Nawet nie drgnęła, ale gadałam dalej:- Nie możesz umrzeć. Potrzebujemy Cię z nami.
W tej chwili do pokoju wparował Lou.

-Zo!- krzyknął.

-Zamknij się! Debilu!- krzyknęłam.

-Boże? Co jej jest? To moja wina!
Jakby tego było mało do pokoju wparował Zayn.

-Zoey!
Spojrzałam na niego z bólem w oczach.

-Kiedyś byłeś moim idolem... A teraz jesteś jakimś psychopatą! Nienawidzę Cię! Rozumiesz! Nienawidzę! I z całego serca Ci życzę żebyś leżał tu tak samo jak Zo! To twoja wina, a teraz wyjdź!
Dwa razy nie trzeba było do niego mówić, obrócił się na pięcie i wyszedł. Zaczęłam płakać. Lou poklepał mnie po ramieniu.

-Nie poznaję go...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz