poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Chapter Eighteen

Piiiiiiiiiiiiiiiiip, piiiiiiiiiiiiiiiiiiip, piiiiiiiiiiiiiiiiiiiip.
Ta debilna kroplówka działała mi na nerwy zwłaszcza, że nie wiedziałam, kim do cholery on jest, a już dwa razy pozwoliłam mu się pocałować. Od kiedy ja się całuję? Hmm, nie wiem, ale niech ktoś mi przyniesie moje glany, to przypieprzę mu wreszcie w mordę. Dużo nad tym myślałam i doszłam do wniosku, że TAK PO PROSTU NIE MOŻNA STRACIĆ PAMIĘCI. A teraz siedział sobie jak gdyby nigdy nic, jak gdybyśmy znali się od zawsze, jak gdyby...
-Ziemia do Zo! Trochę się zamyśliłaś.- powiedział opiekuńczym głosem.
-Pani pielęgniarko!- krzyknęłam do rudej kobiety która przygotowywała jakieś leki- Nie znam tego pana, chcę, żeby wyszedł.
Gwałtownie się odwróciła, ukazując burzę rudych loków. Spojrzenie z tym Louisem... Ja nie mogę, czy ona się do niego śliniła? Spojrzałam na niego i ku mojej uldze gapił się na nią obojętnie, ale co chwilę przestraszony zerkał na mnie. Z a r a z. Nie jestem zazdrosna- okłamywałam siebie.
-Proszę wyjść z sali, panie Tomlison- zatrzepotała rzęsami z chytrym uśmieszkiem.
-Zostanie- odparłam, widząc jak na jej twarzy maluje się zdziwienie i frustracja.
Prychnęła i wróciła do czynności.
-Zo, pamiętasz mnie! Na prawdę! Jestem twoim chłopakiem- złapał mnie za rękę, ale byłam zbyt słaba, żeby się wyrwać. Nie odpowiedziałam, gapiąc się w sufit i czekając na cud który przerwałby tę konwersację. W tym momencie do pokoju wbiegł jakiś blondyn.
-Hej, Zo! Wyglądasz lepiej. Chciałbym wam kogoś przedstawić- wyszczerzył się ukazując swój aparat.
-Ahm... Czyli Ciebie pewnie też znam, taa?
-Należy do 1D- odparł cierpliwie Lou.
-Nie ogarniam, ale wracając, to jest Agnes, moja dziewczyna- znowu się wyszczerzył i ręką przygarnął do siebie jakąś dziewczynę, na oko była w naszym wieku, długie, czekoladowe włosy dodawały jej uroku. Uśmiechnęła się promiennie ale niepewnie.
-Hej!-powiedziała, łapiąc rękę blondyna. Wtedy zorientowałam się, że ten debil trzyma mnie za rękę i szybko ją wyrwałam, czując jak policzki mi płoną.
-Hej, jestem Zo.- powiedziałam wymuszając się na uśmiech. Wyglądała na trochę przerażoną, pewnie zobaczyła moje siniaki, złamaną rękę itd.
-To jest dziewczyna Lo…
-NIE!- krzyknęłam, po czym poczułam na sobie 3 spojrzenia więc ogarnęłam swój ton głosu- nie prawda. Nie byłam, nie jestem i nie będę dziewczyną tego tu chłopaka.
Spojrzał na mnie z bólem w oczach, ale ja miałam go gdzieś. Miłość... to pieprzona komercja.
-Jestem głodny, Agnes idziemy do baru?- zapytał, otaczając ją ramieniem.Skinęła tylko głową i wyszli.

*Louis*
Te słowa przeszyły mnie jak włócznia.
-Zo- złapałem ją za rękę i zmusiłem do spojrzenia w oczy.
Miałem wrażenie, jakby przez chwilę spoglądała na mnie jak kiedyś, ale szybko przybrała obojętny wyraz twarzy. Westchnąłem.
-No co- mruknęła pod nosem, gapiąc się na nasze ręce a w końcu wyrywając dłoń z uścisku.
-Przyjechałem tu dla Ciebie. Czekałem kilka tygodni. Nie spałem prawie w ogóle, płakałem. Myślisz, że... Nabierałbym Cię? Naprawdę??
-Hej! Nie płacz!- krzyknęła. Dopiero po tych słowach poczułem wilgoć w oczach- Dobra, załóżmy, że tak było. Ale teraz jestem sobą, bezduszną i chamską gówniarą chodzącą w glanach. Nie polubiłbyś mnie.
-Pokochałbym, Zoey. Już to zrobiłem.- odparłem pewnie, przecierając nos.

*Agnes*
-Boże, Niall, ile ty możesz zjeść??- zapytałam, kiedy mój chłopak- OFICJALNIE MOGŁAM GO TAK NAZWAĆ!!- zamawiał czwartą porcję frytek.
W odpowiedzi rzucił we mnie frytką. Westchnęłam z irytacją i zanim się spostrzegł, wylądował na nim mój koktajl.
-Ej!- krzyknął, obrzucając mnie kolejną porcją. Ludzie gapili się na nas jak na debili. Tym razem wzięłam szklankę i nalałam mu trochę koktajlu na te jego blond włoski. W odpowiedzi oblał mi spodnie keczupem.

Tak, po tej walce wyglądałam gorzej, niż źle. Ale chociaż można było się pośmiać. Oczywiście Nialler stwierdził, że nic nie może się zmarnować i zaczął wyciągać mi frytki z włosów. Przewróciłam oczami, odwróciłam się i dałam mu całusa w jego usta oblane napojem.
-Lepiej stąd spadajmy, bo zaraz przyjdzie jakaś wkurzona woźna. Czy coś- powiedziałam, niechętnie się od niego odrywając.

*Zo*
TAAK, MIAŁAM OCHOTĘ KRZYKNĄĆ: WALĘ TO, KOCHAM CIĘ DEBILU.
Bo tak było: J a  s i ę z a k o c h a ł a m! To nawet dziwnie brzmi. Ja się nie zakochuję! Ja słucham rocka! Cholera, co się ze mną dzieje?! Nie mogę tego zrobić, lepiej okłamywać samą siebie. Westchnęłam. Nie, nie mogę o tym myśleć. Dobra, nie myśl o Louisie.
-Słuchasz mnie?- zapytał z lekką irytacją.
-Zamyśliłam się- odparłam niepewnie.
-Mówię, że jeżeli mnie nie potrzebujesz, przestanę przychodzić. Jeżeli nie chcesz, żeby...
-CHCĘ!- wrzasnęłam tak głośno, że aż podskoczył.-Chcę- dodałam już ciszej- przepraszam. Nie możemy zacząć od początku?
-Jestem Lou- odparł. Gdyby nie złamana ręka, byłby już bez zębów.
-Nie mówię o tym! Zacznijmy od tego pocałunku w szpitalu.
-Chętnie- powiedział, przytykając swoje wargi do moich.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz