piątek, 5 kwietnia 2013

Chapter Seventeen


Nagle przez głowę przeleciało mi... jakby wspomnienie?


Siedzieliśmy na kocu, zobaczyłam tam tego... Louisa. Siedział z głową wpatrzoną w Ziemię, unikając mojego wzroku.
-Wiesz, zapomniałem... Tak jakoś wyszło, że... Ja cię chyba kocham.
I wtedy też mnie pocałował, i kiedy się ode mnie oderwał, to stało się też w prawdziwym świecie. Zobaczyłam go nachylonego nad moim łóżkiem szpitalnym i już miałam powiedzieć coś w moim stylu, czyli go zgasić i ogarnąć jego "uczucia", kiedy z moich usta padło dziwne pytanie:
-Serio mnie kochasz?
Spojrzał na mnie, uśmiechając się. Wyglądał na kogoś kto nie spał od wielu dni, od razu zrobiło mi się przykro, po czym skarciłam się myślach. Od kiedy to ja się przejmuję innymi? Boże...
-Tak- odparł jak gdyby nigdy nic.
-Wiem- rzekłam, siadając gwałtownie na łóżku- Cholera, ał- przeklęłam pod nosem- Powiedziałeś mi to.
Rozpromienił się.
-Pamiętasz??
-Ta, całujesz tak zajebiście dobrze, że nie mogłabym tego zapomnieć- odparłam zanim zdążyłam nad tym pomyśleć, po czym zakryłam usta ręką.
-Dzięki, ty też zajebiście całujesz- podsumował- chcesz odpocząć? Mogę wyjść i...
-Nie potrzebuję odpoczynku, ale Tobie się przyda. Zrób to dla mnie i idź się położyć, ok?
-Jasne, ale będę tu z samego rana, kochanie- pocałował mnei w czoło i wyszedł.
Westchnęłam.
Czy on naprawdę jest moim chłopakiem? Wydaję się, jakby wyprali mi mózg, ale to wspomnienie... I jak on całował! Nie, ale żebym przestała być metalem? Jezu... Prawda czy nie?
-Prawda- powiedziałam sama do siebie, po czym zamknęłam oczy i zasnęłam.

*Aci*
-Hazza! Wiesz, że nie mamy na to czasu- powiedziałam, wyślizgując się z objęć Loczka.
-Ostatnio w ogóle nie masz dla mnie czasu- mruknął, opadając bezwładnie na krzesło.
Już miałam odpyskować, kiedy z pokoju wybiegł Lou. Ku mojemu zdziwieniu na jego twarzy widniał uśmiech.
-Nasza Zo trochę pamięta- powiedział dumnie.
-Taak!- krzyknęłam, przytulając Harrego.
Odwzajemnił uścisk i chwilę tak trwaliśmy, lekko się kołysząc.
-Nadal tu jestem- rzekł znudzony Lou.

***

*Lou*
Obudziłem się o 13. Nie jedząc jakiegokolwiek śniadania szybko założyłem dżinsy i koszulkę po czym wybiegłem z naszego domu, wsiadłem do samochodu i jak najszybciej potrafiłem pojechałem do mojej Zoey.
Czy nadal mogę ją tak nazywać? Teraz jest... kimś innym. Jakby ktoś cofnął czas... Ale nadal ja kocham. Cholera. Zacisnąłem mocno ręce na kierownicy. Zawsze jakieś problemy, jak nie Zayn to wypadek, ja tak nie mogę! Ale nie poddam się, Zo mnie potrzebuje. Pamięta o tym, że ją kocham. Będzie dobrze.
Gwałtownie zahamowałem przed czerwonym światłem. Mała dziewczynka spojrzała na mnie z otwartą buzią i zaczęła ciągnąc mamę za rękę, krzycząc że to ten z 1D. Westchnąłem. I co z tego? Za Zo oddałbym zespół. Wszystko. Umarłbym dla niej. A ona mnei tak po prostu nie pamięta.
Wysiadłem z samochodu, zamknąłem go i szybko pognałem do Zo. Jeszcze spała. Pomimo wielu siniaków ciągle wyglądała pięknie. Usiadłem przy niej i odgarnąłem jej kosmyk blond włosów. Drgnęła, spanikowana otworzyła oczy i rozejrzała się dookoła.
-Zo! Spokojnie, to ja- uspokoiłem ją.
-Ty- mruknęła, przeciągając się.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz