czwartek, 9 maja 2013

Chapter Twenty Five

Nie wiem, ile zajęło mi zejście z tej cholernej góry, ale w każdym razie kiedy już wróciłam było grubo po pierwszej w nocy, a ja wyglądałam jak... pół dupy zza krzaka.
Pokaleczoną stopą dotknęłam lekko podłogi i szybko odsunęłam ją sycząc z bólu. Nie, nie tak miało być.

I'm a warrior
Now I got thicker skin,
I'm a warrior
I'm stronger than I ever been.
Im a warrior
You can never hurt me again...

Musiałam... tam jechać. Chociaż nie myślałam trzeźwo, wiedziałam, że muszę wrócić po Willa gdziekolwiek jest(hm, podejrzewam, że na policji...). Zaraz, zaraz, co on do cholery zrobił? Właśnie. Może kogoś zabił? Nie, to do niego niepodobne... Usiadłam na łóżku zalewając się łzami i bez jakiejkolwiek toalety zasnęłam.

-Zo...Wstawaj, do cholery jasnej! Wstawaj!
Otworzyłam jedno oko.
-Okej, daj mi spać.-mruknęłam do Aci.
-Jak Ty w ogóle wyglądasz? Czy ten debil Cię pobił? Zo, musimy jechać na policję!
Tak, musiałyśmy jechać na policję.
-Może i masz rację-powiedziałam nietrzeźwo i lekko się chwiejąc, wstałam z łóżka-No, to jedziemy.
-Najpierw się wykąp! I powiedz, co się stało!
-Zabrali go!-wybuchnęłam płaczem, bo nagle uświadomiłam sobie, co się stało-Wróciłam sama! Jakieś dziesięć kilometrów! Musimy tam jechać, on jest niewinny-jęknęłam.
Dryń, Dryń.
-Zaraz, ktoś dzwoni-pociągnęłam nosem-nieznane-powiedziałam, posuwiastym ruchem palca odbierając    komórkę.

*Will*
-Odbierz, mała, odbierz- powiedziałem sam do siebie, lekko kopiąc butem w ścianę.
-Will! Gdzie ty jesteś?!
-Na lotnisku-powiedziałem przyciszonym głosem.
-Wypuścili Cię?
-Uciekłem, Zoey.
-Ale...
-Posłuchaj-powiedziałem, zamykając oczy i przygotowując się na to, że muszę ją zranić- Dzwonię, żeby Ci powiedzieć, że Cię kocham. I wyjeżdżam.
-Co? Gdzie?-czułem załamanie w jej głosie. Tak bardzo nie chciałem jej ranić...
-Przepraszam-powiedziałem. No nie, czy ja płaczę?
-Will, kiedy masz samolot?-nagle wzięła się w garść.
-Za dwie godziny.
-Okej, no to pa.
Rozłączyła się. To naprawdę koniec?

*Pół godziny później, Zo*
Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy do walizki, wykąpałam się, wsadziłam 1000 funtów do torebki i byłam już w drodze na lotnisko. Nikomu nic nie powiedziałam, potem zadzwonię do Aci.

-Przepraszam, na który samolot leci Will Deffie?-powiedziałam do jakiejś babki w punkcie informacji.Wystukała coś na klawiaturze.
-Do Californi. Do przedział 20 D- nawet na mnie nie spojrzała.
Okej. 19C, 19D...20A, 20B, 20C, jest! Chyba go widzę. Stał sobie wpatrzony w okno nieobecnym wzrokiem. Podeszłam do niego od tyłu, zasłaniając mu oczy dłońmi.
-Zgadnij,kto to-szepnęłam, obejmując go od tyłu.
Błyskawicznie obrócił się w moją stronę i mocno mnie przytulił.
-Zo, nie powinno Cię tu być...
-Ciebie też nie!-wtrąciłam.-I jadę z Tobą, nie masz w tej kwestii nic do powiedzenia, jasne?-przytknęłam głowę do jego klatki piersiowej.
Spojrzał mi w oczy i pocałował mnie tak słodko, że zakręciło mi się w głowie.
-Wiesz, że jesteś najlepszą dziewczyną, jaką w życiu spotkałem?
-Czyli nie zabronisz mi tego?- zachichotałam.
-Wiem z własnego doświadczenia, że tego nienawidzisz.-uśmiechnął się pod nosem.
                                                               ~ * ~ 
          CZYTASZ = KOMENTUJESZ

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz