-Justin... To nie tak, jak myślisz...- jego oczy napełniają się łzami i wychodzi- JUS!
Odwraca się na pięcie.
-WSZYSTKO SŁYSZAŁEM, JASNE?!- łzy spływają mu po policzkach- Nie mogłaś... nie mogłaś powiedzieć mi tego wcześniej?- otarł twarz rękawem- Nienawidzę Cię. Wszyscy macie nierówno pod sufitem.
Trzaska drzwiami, a ja bez słowa biegnę do siebie do pokoju.
W myślach ciągle krążą mi te dwa słowa: Nienawidzę Cię.
*Zoey*
Może powinnam pójść teraz do Aci, ale jestem pewna, że to nic nie da, bo za długo już ją znam. Harry próbował już kilka razy. Oczywiście ten gość to kompletny psychol, ale trochę go rozumiem...
Odpisuję na świąteczne SMSy, kiedy na wyświetlaczu pojawia się zdjęcie... Willa. Przez chwilę przechodzą mnie przyjemne dreszcze, ale przypominam sobie wszystko.
Skończmy to.
-Nie mam ochoty z Tobą rozmawiać.- mówię.
-Wesołych świąt!
-Em... Tobie też? Czego chcesz?
-Wszystko w porządku z naszym dzieckiem?!
-To nie jest nasze dziecko. To moje dziecko.- warknęłam.
-Mniejsza z tym, i wiesz co? Wróć do mnie, albo Louis się dowie.
-NIBY O CZYM?
-O narkotykach, o tym, jaka jesteś naprawdę.
-To juz przeszłość, ja...on się o niczym nie dowie!- krzyknęłam- Spróbuj mu coś powiedzieć, a... pójdę na policję.
-Zoey, Zoey, Zoey... Daje Ci czas do końca tygodnia. Chyba, ze chcesz śmierci swojego chłopaka.
Rozłączyłam się.
-O czym się nie dowiem?
-Em... Boże, Louie, wystraszyłeś mnie. To nic takiego.
Głos mi się łamał.
Usiadł obok mnie na łóżku.
-Gadaj, co się stało. Mnie nie oszukasz.
-Ja... Boję się, co się stanie, jak urodzę dziecko-skłamałam.
Przytulił mnie.
-Wiem, że to jest na pewno najgorszy moment i jestem troszkę... nierozgarnięty, ale... kocham Cię i chciałbym spędzić z Tobą całe życie- klęknął, po czym westchnął zmieszany, wyjmując pierścionek- To jak będzie, wyjdziesz za mnie?
'Chyba, ze chcesz śmierci swojego chłopaka...'
-Ja...-jęknęłam- Boże... Nie mogę Ci tego zrobić!
-Co?- nic nie rozumiał.
-Przepraszam, Lou- wybiegłam z płaczem z pokoju i po drodze złapałam tylko torebkę, po czym mijając próbującą zatrzymać mnie Agnes, uciekłam z domu.
Nie wiem, ile tak szłam przed siebie, ale zdjęłam obcasy i szkło raniło mi stopy. Dlaczego w ogóle Aci zgubiła tą cholerną walizkę? W przeciwnym razie nadal byłabym metalówną mającą wszystko w dupie.
Muszę... iść do Willa. Inaczej zabije Louisa. Ale nie dzisiaj, tylko nie dzisiaj...
*Lou*
Pobiegłem prosto za Zoey. Wołałem ją, ale szła przed siebie, aż nagle wyciągnęła telefon z kieszeni. Schowałem się za drzewem i nasłuchiwałem.
-Będzie, jak chcesz.- szepnęła cicho.-...Tak, to znaczy, jeszcze nie, ale... Uciekłam z domu... Na Rem's Square... Nie, to nie żart, ale spróbuj tylko zrobić coś Louisowi...
-Zo!- krzyknąłem.
Spojrzała na mnie, zaciskając ręce w pięści.
-Louis, musimy pogadać.
-Też tak myślę- odparłem, przytulając ją. Ku mojemu zdziwieniu nie odwzajemniła uścisku, tylko się z niego wyrwała, szlochając.
-Musimy...- jęknęła.
-Z kim rozmawiałaś, kochanie?- nie dawałem za wygraną, wziąłem ją w ramiona.
-Nieważne. My... musimy zerwać.
-Zaraz, ale przecież...
-Nie!- krzyknęła- To koniec, ja Cię nie...
nie kocham, dokończyłem w myślach. Czekając aż coś powie, czułem, jak moje oczy wypełniają łzy. Jednego dnia wraca, jesteśmy razem może dwa miesiące, potem mnie opuszcza, to nie ma sensu...
W jednej chwili pociera twarz rękami i pociąga nosem, prostując się.
-Idź stąd, Louie. Nie chcę, żebyś tego widział.
-Nigdzie nie pój...
Motor. Ciemny, srebrny motor, a na nim... ten cały Will. Co on tu robił? Idiota. Widząc mnie, wyjął z kieszeni pistolet. Co się dzieje, do cholery...?
-Już dawno miałem to zrobić, ale dałem sobie spokój, bo przestałeś wchodzić mi w drogę.- uśmiechnął się, ładując magazynek- Ale ostatnio znowu się wplątałeś, nie?- Wymierzył mi spluwę prosto w głowę, a jego palec powoli posuwał się do tyłu. Zamknąłem oczy, ale nic się nie stało. Usłyszałem trzask, nadal nic, krzyk, nic nie czuję. Otworzyłem powoli oczy i zobaczyłem moją Zo. To już jest to drugie życie?
Patrzyła na mnie przerażona, z pistoletem w rękach, a pode mną leżał mój niedoszły zabójca. Krew sączyła się po ziemi i widać było, że dawno nie żyje.
-Pomóż mi, błagam- szepnęła, osuwając się na ziemię. Złapałem ją w pasie i mocno przytuliłem.
*Zoey*
Co ja zrobiłam?! Właśnie zabiłaś Willa, idiotko. Odezwała się moja podświadomość. Jak mogłam coś takiego zrobić?! Jak on mógł chcieć zabić Lou?! Co ja, my teraz zrobimy? Trzeba go spakować do jakiegoś worka i wyrzucić do rzeki, a może lepiej by było go gdzieś zakopać? Boże, Zoey, o czym ty myślisz? Dobra, muszę się wziąć w garść.
Wdech.
Wydech.
Nie, to nie pomaga. Pod moją "nieobecność" Lou zabrał mi z dłoni broń i zaczął gdzieś ciągnąć mojego byłego chłopaka. Dokładniej w jakąś uliczkę, może go wrzuci do śmietnika? Bo w sumie to nie jest dobry pomysł, hmm... Przez ten cały czas odczuwałam ból w dole brzucha, ale starałam się go ignorować.
- Zoey, musimy uciekać- powiedział na wdechu, widać było, że był tak samo przerażony jak ja. Zanim zdąrzyłam odpowiedzieć usłyszałam syreny policyjne, ups. Mój chłopak pociągną ,mnie za rękę i wciągną na motor. Po kilku minutach jechaliśmy środkiem ulicy w nieznanym dla mnie kierunku oddalając się od odgłosu syreny policyjnej.
***
Takie coś, ale wstawiam żeby było, że żyje. :(
Little drama. :o
Ale pięknie komentujecie. Taki tam sarkazm.
Do następnego! *jeżeli przetrwam wakacje i mnie nie wyrzucą z bloga, heheszki*
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz